Cześć. Tym razem nie udostępnię wam żadnego rozdziału. Po prostu brak mi pomysłów na kolejne rozdziały, na początku miałam ich mnóstwo, ale gdy zaczęłam pisać rozpoczęła się straszna gmatwanina. Niestety nie poradziłam sobie z tym zadaniem. Dlatego zostawiam opowiadanie w tym momencie. Jeżeli ktoś z was ma jakieś pomysły kończące opowiadanie oferuję współpracę. Chętnych zapraszam do zakładki kontakt. Tam możecie znaleźć mojego maila. Dziękuję.
PS. Pracuję nad własnym opowiadaniem, mam napisane prawie wszystkie rozdziały. Jeżeli uda mi sie je skończyć dam wam linka do nowego bloga.
niedziela, 25 maja 2014
wtorek, 6 maja 2014
ROZDZIAŁ IX - To już koniec. Strzeżcie się.
Remy, Caleb
oraz Miranda dalej stali w pokoju. Wokół nich był straszny bałagan. Z szaf
powypadały wszystkie przedmioty, figurki, które znajdowały się w jednym z rogów
pokoju potłukły się. Jednak przyjaciele nie zwracali na to uwagi. Wszystkich
zastanawiało jedno: Co się przed chwilą stało ? I kim jest postać znajdująca
się z przodu nich ? Straszna kobieta spoglądała na nich swoimi wyłupiastymi
oczami. W końcu jednak odezwała się.
- Wkrótce
nadejdzie koniec. Strzeżcie się.
Gdy
wypowiedziała te słowa cała trójka zaczęła spoglądać na siebie, próbując
wyczytać jakąś wiadomość z twarzy przyjaciela. Jednak, kiedy ponownie chcieli
spojrzeć na postać ona zniknęła.
- Co się
przed chwilą stało ? – pierwsza odezwała się Miranda, sądząć, że przyjaciele
odpowiedzą jej na zadane jej pytanie.
- Sam nie
wiem – odpowiedział Caleb.
- Jak
myślicie o co jej chodziło z tymi słowami ? – zapytała Remy.
- Nie wiem, ale widzę że mamy kolejną zagadkę
do rozwiązania.
Jak na razie
wszystko zaczęło wracać do normy u rodziny Mathesonów. Ich matka zaczęła
normalnie funkcjonować, bynajmniej nie płakała w nocy. Nikt nie podejrzewał, że
tak bardzo załamała się zerwaniem z Collinsem. Naprawdę musiała go kochać. Luke
i Olivia również starali się zachowywać normalnie. Jakby było okej, mimo że
nadal w ich głowach panował zamęt, bynajmniej u Livy, w związku ze sprawą
Dillona. Nie wiedziała, co ma myśleć, czy jest on winny, czy niewinny. Jednak
starała się o tym nie myśleć, w końcu policja cały czas pracowała nad tą sprawą
i niedługo powinna zostać rozstrzygnięta.
Jak co rano
bliźniaki szykowały się do szkoły. Po zjedzeniu śniadania, załatwieniu potrzeb
fizjologicznych oraz ubraniu się w odpowiedni strój wyszli z domu. Już po
pierwszej lekcji gdy Liv wyjmowała książki z szafki podeszła do niej Tess, jej
dawna przyjaciółka.
- Cześć –
powiedziała do niej, jednak dziewczyna nic jej nie odpowiedziała. – Słuchaj
wiem, że jesteś na mnie zła, no, ale wybacz mi, nigdy nie zrobiłabym czegoś, co
by tobie zaszkodziło.
- To
dlaczego wiedziałaś o klątwie ? Z resztą nie chce mi się z tobą rozmawiać –
odpowiedziała zamykając szafkę oraz skierowała swoje kroki w kierunku jednej z
klas.
- Daj mi
szansę. Tęsknie za tobą ! – wykrzyknęła jednak dziewczyna nie zatrzymała się
ani na chwilę, tylko kierowała się na przód.
Remy
przeszukiwała gazety z okresu, w którym zmarł ojciec Mathesonów. Miała
nadzieję, że znajdzie się tam coś, co mogłoby jej pomóc w dowiedzeniu się, co
spowodowało, że Dillon zabił tego mężczyznę. I na czyje polecenie to uczynił. Znalazła
jeden z artykułów, którego nagłówek głosił: „Tragiczna
śmierć burmistrza. Kto popełnił tą straszną zbrodnię?” Jego treść była
natomiast następująca: Wczoraj doszła do
nas wiadomość, że burmistrz Ravenswood został zamordowany. Został znaleziony w
swoim gabinecie, około 3 godzin po tym strasznym czynie. Poprosiliśmy
komendanta policji o opinię na temat tego wydarzenia: - Jak na razie mamy pewne
podejrzenia, kto mógł to zrobić. Jednak do rozstrzygnięcia sprawy musimy
przesłuchać wielu ludzi. My natomiast składamy kondolencje rodzinie, która
pogrąża się w bólu.
- Żadnych
konkretnych informacji – pomyślała. W końcu czego oczekiwała, że napiszą, że
ojciec bliźniaków został zamordowany, bo wiedział o klątwie to i owo ?
Ojciec
Caleba, wcześniej niż zamierzał skończył remont domu ich krewnego. Jednak mimo
wszystko nie chciał go sprzedawać. Te kilka miesięcy, które spędził w mieście
przybliżyły go do syna. Tym bardziej, że dzisiaj miał poznać jego nową
dziewczynę. Tyle lat byli osobno, więc teraz chciał razem z synem spędzać
wszystkie wolne chwile, aby odpokutować mu lata samotności, bez rodziny. W
momencie, kiedy przygotowywał kolację, na którą zaprosił Caleba wraz z Mirandą
zadzwonił dzwonek do drzwi. Wiedział, że to już pora na jego gości, dlatego
zdjął fartuch i podszedł do drzwi. Otworzył je i szeroko się uśmiechnął na
widok pary.
- Witajcie –
powiedział ściskając dłoń syna.
- Tato, to
jest Miranda – odpowiedział Caleb, wskazując dziewczynę.
Jego ojciec
przywitał się z dziewczyną i zaprosił ich do środka oraz nakazał usiąść w
jadalni. Wyremontowany dom był piękny, widać, że pan Rivers ma talent do tego,
co robi.
- Przygotowałem
dla was moje danie specjalne – zupę grzybową.
Mężczyzna
był pasjonatem kuchni tradycyjnej. Nie lubił jakiś sztucznych potraw. Wolał,
aby było smacznie, zdrowo i w domowej atmosferze. Cała kolacja przebiegała
świetnie. Widać było, że Miranda polubiła się z panem Riversem. Oboje
rozmawiali o wszystkim, o życiu, przyszłości i przeszłości. W końcu jednak
musieli się pożegnać. Gdy Miranda i Caleb wychodzili. Ojciec chłopaka
podziękował im i zaprosił na jutrzejszy obiad.
Olivia
siedziała na kanapie i przeglądała czasopisma. Nie wyglądała zbyt pięknie.
Ubrana w stary dres, niewymalowana, nieuczesana. Nie było to do niej podobne.
Już nie interesował jej wygląd, a że jej mama była w pracy nie mogła
kontrolować jej stroju. Gdy czytała ciekawy artykuł o jednej z gwiazdek show
biznesu do salonu wszedł Luke.
- Ale żeś
się zapuściła. Wyglądasz gorzej niż ja – powiedział spoglądając na siostrę.
- Bardzo
śmieszne – powiedziała z ironią w głosie.
- Oj nie
dąsaj się – odpowiedział dotykając siostrę w ramię. – Mamusia niedługo wróci i
pomoże ci wybrać odpowiedni strój.
W tym
momencie chłopak wyszedł z pokoju. W końcu wróciły normalne kłótnie pomiędzy
nimi. Mimo wszystko Liv cieszyła się z tego powodu, że mogli porozmawiać o
czymś innym niż te wszystkie dziwne sytuacje, które cały czas gościły w ich
rodzinie.
Nadchodził
już wieczór. Bliźniaczki szły przez park. Max miała nadzieję, ze podczas tej
przechadzki wymyśli nowy plan w związku z Dillonem. Chciała, żeby był jej
posłuszny. Tym bardziej, że potrzebowała go do niektórych spraw, mimo że był w
areszcie. Ona musiała wygrać, musiała pokonać całą piątkę nastolatków za
wszelką cenę. Tym bardziej, że ona również była zamieszana w klatwę. Przecież
oni mogliby dowiedzieć się o wszystkich jej czynach. Nagle na swojej drodze
dziewczynki ujrzały Caleba z Mirandą wracających z kolacji u ojca chłopaka. Przystanęły
na chwilę i uśmiechnęły się szeroko.
- Cześć –
powiedziała siostra Max wyciągając do nich rękę. – Jestem Elsa.
Nastolatkowe
spojrzeli najpierw na siebie potem na dziewczynkę. Nie wiedzieli, co mają
zrobić. W końcu w pewnym sensie byli wrogami, ale w końcu, co taka 7 letnia
dziewczyna może im zrobić. Mimo wszystko wyminęli je udając się w kierunku domu
Collinsa.
- Teraz mamy
dwie na głowie – powiedziała Miranda spoglądając na chłopaka.
- One coś
knują – odpowiedział. – Nigdy nie myślałem, że będę bał się dzieci.
- Ja też nie,
ale właściwie teraz to już nic mnie nie zdziwi.
- Ta sprawa
jest coraz bardziej skomplikowana.
Nadeszła noc
w Ravenswood. Wszyscy mieszkańcy zaczęli powoli kłaść się do łóżek i zasypiać.
Tak też zrobiła cała piątka nastolatków. Niczego się nie obawiając wszyscy
zasnęli głębokim snem. Księżyc tej nocy był w pełni. Było ciepło, w końcu,
czego się spodziewać po lecie.
Dochodziła
3.00 w nocy. W pewnym momencie wszyscy nastolatkowe wstali z łóżek i zaczęli
lunatykować. Kierowali się na cmentarz, który znajdował się przed domem
Collinsa. Zatrzymali się w jednym miejscu, tym samym gdzie zostali pochowani
oryginalni Caleb i Miranda. Nagle cała piątka obudziła się. Byli w szoku, co
się właśnie stało.
Gdy się zastanawiali nad zaistniałą sytuacją nastąpiło
trzęsienie ziemi. Przyjaciele nie mogli utrzymać równowagi. Dziwne jednak było
to, że to zjawisko odbywało się tylko i wyłącznie na terenie cmentarza.
Pozostała część miasta nie odczuwała tego spokojnie śpiąc. Wokół naszych
bohaterów zaczęły latać nagrobki wyrywane przez silny wiatr. Nastolatkowe
krzyczeli, z nadzieją, że może to tylko sen. Wszystko wokół nich wirowało. W
końcu pokazała się im czarna postać, ta sama, którą niedawno widziała trójka z
nich oraz ta sama, która ukazała się Mirandzie na moście.
-
To już koniec. Strzeżcie się – powiedziała.
____________________________________________________________________________
Cześć. Nie
jestem zadowolona z rozdziału. Właściwie to opuściła mnie wena i pisałam spontanicznie,
co wpadło mi do głowy. Dlatego też miałam małe opóźnienie. Mam nadzieję, że
podsuniecie mi kilka ciekawych pomysłów, z których mogłabym stworzyć coś
ciekawego w następnych rozdziałach.
PS. DZIĘKUJĘ ZA 1000 WYŚWIETLEŃ <3
PS. DZIĘKUJĘ ZA 1000 WYŚWIETLEŃ <3
niedziela, 27 kwietnia 2014
ROZDZIAŁ VIII - Nie zawsze piersze podejrzenia są słuszne
Związek
Mirandy i Caleba ciągle się rozwijał, mimo że byli dopiero na etapie
przyzwyczajania się do tej sytuacji. Jak na razie układało im się bardzo
dobrze. Każdą wolną chwilę spędzali razem. Zdecydowanie byli dla siebie
stworzeni. Przyjaciele zaakceptowali ich związek, właściwie to nie mieli nic do
gadania.
Luke tak jak
postanowił poszedł do Collinsa, aby dowiedzieć się, czym skrzywdził jego matkę.
Gdy dotarł do domu Raya od razu zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła mu
Grunwald. Z jej wyrazu twarzy wynikało, że spodziewała się go, jednak nie była
z tego powodu zadowolona
- Jest
Collins ? – zapytał chłopak, wpraszając się do domu.
- Jest
zajęty – odpowiedziała kobieta próbując zatrzymać chłopaka.
On jednak
nie zamierzał się zatrzymać. Gniew coraz bardziej w nim narastał. Mimo, że
obiecał sobie w domu, że będzie spokojny. Od razu swoje kroki kierował ku
gabinetowi mężczyzny. W tyle słyszał jeszcze krzyki kobiety, która nakazywała
mu się zatrzymać. Chłopak starał się ją ignorować. Kiedy doszedł do drzwi od
razu je otworzył. Przy biurku jak zwykle siedział wuj Mirandy.
- Co jej
zrobiłeś ? – wybuchł chłopak, próbując wyciągnąć mężczyznę zza biurka.
- Może
spokojniej – odpowiedział, broniąc się Ray.
- Co
zrobiłeś mojej matce ?
- To są
sprawy dorosłych. Zaszło po prostu małe nie porozumienie.
W tym samym
momencie do gabinetu przyszła Grunwald z policją, która chwyciła chłopaka za
ramiona i wyprowadziła z budynku. Oczywiście Luke próbował się wyrywać, ale na
nic się to zdało. Został przewieziony do aresztu.
W domu
Mathesonów było spokojnie. Matka bliźniaków była w pracy, a Olivia siedziała
przy stole w kuchni. Na stole leżało jedno z jej ulubionych czasopism.
Dziewczyna była pogrążona w lekturze. Nagle jednak zadzwonił telefon. Gdy
dziewczyna odebrała okazało się, że było to z policji. Jej brat siedział w
areszcie, ponieważ kogoś zaatakował. Gdy rozmowa się zakończyła dziewczyna od
razu wsiadła w samochód i skierowała się ku komendzie.
Na miejscu
podeszła do znanych jej już policjantów, po to by dowiedzieć się co stało się z
jej bliźniakiem. Została skierowana do jednej sal, w której miał znajdować się
jej brat. Gdy weszła do środka zastała go siedzącego przy stole z twarzą ukrytą
dłoniach.
- Coś ty
zrobił ? – od razu zapytała.
- Nie ważne.
Możemy już wracać ? – odpowiedział chłopak wstając z krzesła.
- Nie dopóki
mi nie powiesz, o co chodzi. – wypaliła dziewczyna siadając naprzeciw niego.
- Boże
zaatakowałem kogoś.
- Wiem, że
nie zrobiłeś tego bez powodu. Kto to w ogóle był ? – zapytała.
- Collins.
- Zaatakowałeś
Collinsa ? – wykrzyczała dziewczyna podnosząc się z krzesła. – Dlaczego ?
Myślałam, że już go zaakceptowałeś jako narzeczonego naszej matki.
- No właśnie
już nie narzeczonego .. – odpowiedział Luke.
- Co masz na
myśli ?
- No właśnie
to, że wczoraj nasza matka była cała zapłakana, ponieważ ten gościu coś jej
zrobił. Byłem u niego po to, aby dowiedzieć się, co się stało. On natomiast
powiedział mi, że to nieporozumienie.
Remy wracała
z ojcem z lotniska. Był on przecież w domu jej cioci, ponieważ ta musiała
spędzić kilka dni w szpitalu. Gdy przejeżdżali obok domu Springera zobaczyli
chłopaka rozmawiającego ze swoją matką i jakimś mężczyzną. Wyglądało na to, ze nie widzieli
się dłuższy czas, ponieważ tak bardzo pochłonięci byli swoją rozmową, że
zapomnieli o całej reszcie świata.
- To dzięki twojemu artykułowi – powiedział jej
ojciec podążając za jej wzrokiem.
- Co ? –
zapytała dziewczyna nie wiedząc, o co chodzi.
- O
Springera. Ten obok niego to jego ojciec – powiedział. – Dzisiaj wyszedł z
więzienia. Dzięki temu, co napisałaś ponownie rozpatrzyli jego sprawę. Jestem z
Ciebie dumny.
Nadszedł
dzień rozprawy Dillona. Rodzina Mathesonów, ich przyjaciele oraz świadkowie
zgromadzili się na sali rozpraw. Cała rozprawa trochę się opóźniała. W końcu
jednak wprowadzono przestępcę na salę. Gdy Olivia na niego spojrzała od razu po
policzku spłynęła jej łza, mimo, że kilkanaście razy w domu ćwiczyła ten
moment. Chłopak jednak wcale na nią nie spojrzał. Wszedł na salę z głową
spuszczoną w dół. Kiedy w końcu usiadł sędzia zaczął całą uroczystość.
- Zebraliśmy się tutaj, aby zakończyć sprawę
morderstwa burmistrza Mathesona, oraz aby dowiedzieć się czy znajdujący się tu
na sali Dillon jest za nie odpowiedzialny.
Przepytano
wielu świadków. Większość z nich opowiadała o niczym, o tym, jakim cudownym
burmistrzem był pan Matheson oraz jakim to strasznym człowiekiem musi być
podejrzany. Oczywiście zeznawać musieli również dzieci zmarłego i jego żona.
Pierwsza do barierki podeszła Olivia, gdy złożyła przysięgę, że nie będzie
kłamać zaczęła mówić.
- Sporo
minęło czasu od śmierci taty. Wszyscy na początku posądzali nas albo mamę za to
przestępstwo – całej przemowy nauczyła się przedtem na pamięć. – Nie wyglądało,
na to, że Dillon mógłby go zabić. Tym bardziej ja, mimo że spędzałam z nim tyle
czasu. Kochałam go, ufałam mu. Na początku nie chciałam w to uwierzyć, myślałam,
że to nie prawda. Później jednak po zbadaniu dowodów okazało się, ze to on.
Teraz nie mam wątpliwości – mimo, ze powiedziała to, co jej leżało na sercu nie
mówiła, jaki chłopak mógłby mieć motyw, a dokładnie to, że jej ojciec wiedział
o klątwie, a chłopak zabijając go mógłby mieć jakiś zysk.
Podobne
słowa wygłosili Luke i Rachelle. Gdy już sąd chciał pójść na naradę, do Sali wszedł
pewien mężczyzna. Był to nie za wysoki brunet w ciemno niebieskim garniturze.
Właściwie ogólnie wyglądał trochę dziwacznie. Dodatkowo na głowie miał czarny
kapelusz. W ręku trzymał kopertę wielkości kartki A4. W drzwiach jednak został
zatrzymany przez policjantów.
- Mam pewne
dowody – powiedział.
Sędzia
pozwolił mu na wejście, tak, więc mężczyzna wszedł do środka. Ustawił się przy barierce
i zaczął mówić.
- Wysoki sądzie
nazywam się Richard Excel, jestem prywatnym detektywem. Postanowiłem jeszcze
raz zbadać telefon podejrzanego. Mimo, że policji nie udało się tego znaleźć
odczytałem pewną rozmowę telefoniczną, która odbyła się w dzień poprzedzający morderstwo.
W tej kopercie mam nagranie.
W tym
momencie podszedł do sędziego i dał mu kasetkę. Ten natomiast podał je innemu
mężczyźnie, po to, aby odtworzył nagranie. Gdy już kasetka została włożona do
komputera cała sala usłyszała szmery, po pewnym czasie odezwał się głos.
- Mam dla
ciebie zadanie – odezwał się kobiecy głos. – Jutro zabijesz Mathesona, jeżeli
tego nie zrobisz dobrze wiesz, co cię czeka. On wie zbyt dużo na temat klątwy.
Dzięki temu przeżyjesz.
- Zabić ?
Przecież to przestępstwo – odezwał się zaskoczony głos Dillona.
- Zrobisz
to. Pamiętaj co ci ostatnio powiedziałam.
W tym
momencie połączenie zostało przerwane. Po zakończeniu nagrania Olivia od razu
spojrzała na Dillona. Może i zabił jej ojca, ale nie była to tylko jego wina.
Ktoś mu to zlecił. Do tego jeszcze jej ojciec wiedział za dużo o klątwie ?
Coraz bardziej ta sprawa się gmatwała. Myślała, ze po tej rozprawie cała sprawa
się zakończy. Jedna rzecz jeszcze nie dawała jej spokoju, a mianowicie ona
znała ten głos. Głos kobiety. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, kto to był.
Oczywiście
dzięki temu mężczyźnie sprawa została odwleczona, po to aby zapoznać się z rodowodem
i zbadać kim była ta kobieta. Od razu po tym orzeczeniu wszyscy wyszli z Sali.
Piątka
przyjaciół dla odstresowania się i po to, aby pogadać poszli do kawiarni. Mieli
już właściwie gdzieś, to, że nie mają przebywać razem. Pierwotni zginęli, oni
stali w punkcie wyjścia, wiec właściwie i tak mogli w każdej chwili zginąć,
przez jakiś huragan, czy powódź. Gdy zajęli miejsca i zamówili jedzenie od razu
zaczęli rozmawiać.
- Kim jest
ta kobieta ? – zaczęła Mir.
- Nie wiem,
ale na pewno ma w tym jakiś interes – dodał Caleb.
- I to nie
mały – dokończył Luke.
- Proszę was
nie rozmawiajmy o tym – powiedziała Liv. – Jestem tym wszystkim zmęczona. Właściwie
to nawet odechciało mi się jeść – dokończyła. Przepraszam was.
Wyszła na
zewnątrz i od razu zawołała taksówkę. Luke pojechał za nią.
Pozostała
trójka postanowiła pójść do Caleba i tam spokojnie porozmawiać. Gdy doszli na
miejsce od razu się rozgościli.
- Na pewno
Liv musi być ciężko. Może jutro rano będzie lepiej – powiedziała Miranda
martwiąc się o przyjaciółkę.
- No tak. Ciekawe,
co ich ojciec wiedział o naszej klątwie. To jest trochę podejrzane nie sądzicie
? Tym bardziej, że Dillon też był w to zamieszany.
- Musimy się
tego dowiedzieć, ale nie wplątujmy w to Luka i Liv. Bo nie wiadomo jak
zareagują naprawdę. Najpierw my musimy dowiedzieć, co się stało.
Reszta
przytaknęła Remy. Musieli się dowiedzieć, tylko jeszcze nie wiedzieli jak. W
tym samym momencie zaczęło dziać się coś dziwnego. Wszystko zaczęło się ruszać,
a w końcu pojawiła się straszna postać.
_____________________________________________________________
I jesteśmy za kolejnym rozdziałem. Trochę nie za ciekawy, ale próbuję rozwiązać kilka spraw po to aby nie było to tak pogmatwane. W przyszłym rozdziale planuję dużo akcji związanej z klątwą, możliwe że będzie jakiś wypadek, który zagrozi życiu naszych bohaterów. W końcu o to chodzi w klątwie. Co nie ? Zachęcam do głosowania w ankiecie co sądzicie o blogu. Jest to taka motywacja dla mnie, a też i próba poprawy. Dziękuję. Buziaki :*
wtorek, 22 kwietnia 2014
ROZDZIAŁ VII - Nie wszystkim warto ufać
Miranda
postanowiła ukrywać się przed Calebem. Nie chciała tłumaczyć mu się z ostatniej
sytuacji. Mimo wszystko nie żałowała tego, co zrobiła. Właściwie to cały czas
myślała o tym wydarzeniu. Najbardziej zastanawiające było dla niej to czuł on.
Może już pogodził się z rozstaniem z Hanną, może jest dla nich jakaś szansa.
Uśmiechała się sama do siebie na samą myśl o tym jak by było cudownie jakby
byli razem. Mogliby się upodobnić do ich przodków – po prostu kochać się ponad
wszystko, nawet po śmierci.
Max weszła
do Sali, w której siedział Dillon. Policjanci bez trudu ją wpuścili, jak
powiedziała, że jest jego siostrą. Większość z nich widziała dziewczynkę w
mieście, więc nie zadawało pytań, mimo, że nie było przy niej osoby dorosłej.
Nie była w tym miejscu pierwszy raz. W końcu nawet raz spotkała w tym miejscu
Olivię. Na środku stał stół z trzema krzesłami. Na jednym z nich siedział
Dillon, ubrany w tradycyjne więzienne ciuchy. Na razie był jeszcze w tzw.
areszcie, ale po zebranych dowodach był już traktowany jak każdy morderca.
Następnego dnia miała się odbyć rozprawa, w związku z jego czynami. Dziewczynka
usiadła i spojrzała na chłopaka.
- Po co
znowu przyszłaś ? – zapytał chłopak.
- Mamy wiele
spraw do załatwienia – odpowiedziała. – Nie dokończyłeś swoje zadania.
- Mówiłem ci
już, że skończyłem z tym. Nie chce mieć z Tobą nic wspólnego – wykrzyknął
podnosząc się z miejsca.
Strażnik
stojący z boku podszedł do chłopaka i nakazał mu usiąść. Chłopak jednak zwrócił
się do strażnika nie siadając.
- Chcę już
stąd wyjść. I proszę, abyście nigdy więcej nie wpuszczali to jej.
Mężczyzna
kiwnął głową na znak zgody, wziął chłopaka za ręce i wyprowadził z sali. Gdy
już opuścili pomieszczenie dziewczynka z całej siły uderzyła w stół. Była
strasznie zdenerwowana. Wszystko nie szło po jej myśli. Tym bardziej, że jej
siostra wróciła. Musiała jeszcze ją znosić.
Remy
spotkała się Lukem w swoim domu. Tęskniła już za ich dawnymi spotkaniami,
jeszcze przed śmiercią jego ojca. Chciała, chociaż na chwilę zapomnieć o
wszystkim spędzając czas z ukochanym. Jednak jak zwykle ich temat rozmowy
sprowadzał się do jednego.
- Jak się
czujesz ? Dalej masz koszmary ? – zapytał chłopak martwiąc się o dziewczynę.
- Nie już
wszystko jest okej – odpowiedziała dziewczyna okłamując chłopaka.
Może nie
śniły jej się strasznie drastyczne momenty, ale jednak były to złe sny. Za
każdym razem widziała jak ona wraz z czwórką przyjaciół umierają. Jednak za
każdym razem to wydarzenie odbywało się w innych okolicznościach. Raz tonęli w
aucie, tak jak za pierwszym razem. Później ginęli w pożarze, a kolejnym razem
podczas wypadku statkiem, ale po co miała mu o tym mówić ? Przecież to nie było
takie istotne.
- Cieszę się
– uśmiechnął się i pocałował dziewczynę. – Wiesz, że cię kocham i martwię się o
ciebie.
- Uwierz mi
nie masz o co. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- A jak tam
po wyjeździe mamy ? Dostałaś od niej jakąś wiadomość ? – zapytał.
- Jak na
razie tylko Tyle, że jest już na miejscu. Od razu zostali wysłani na misję,
więc pewnie nie ma za bardzo czasu na napisanie listu – odpowiedziała, tuląc
chłopaka.
Od wyjazdu
jej mamy minęło dopiero kilka dni. Obiecała, że będzie pisała tak często jak
tylko może. Na razie Remy nie przejmowała się brakiem listów, no, bo przecież
jej matka ma tam właściwie ważniejsze rzeczy, ale mimo to martwiła się o nią.
Zawsze zastanawiała się, dlaczego jej mama nie może być zwykłą kelnerką, czy
sekretarką...
- O czym tak
myślisz ? – przerwał jej przemyślenia Luke.
- O niczym
ważnym. To co robimy ? – zapytała, zmieniając temat.
- Może jakaś
romantyczna kolacja ? – zaproponował chłopak.
- Od kiedy
to jesteś taki romantyczny ? – zapytała dziewczyna śmiejąc się jednocześnie.
Właściwie to chłopak zaskoczył ją swoją propozycją. Nigdy nie chodzili na te
romantyczne kolacje. Zazwyczaj zamawiali pizzę.
- No wiesz.
Ludzie się zmieniają, a tym bardziej dla Ciebie raz mogę się postarać i sam ci
coś ugotuję. Tym bardziej, ze twojego taty nie ma.
Fakt, jej
ojca nie było. Wyjechał na trzy dni do cioci, zająć się jej psami, ponieważ ona
zachorowała. Remy oczywiście nie mogła jechać, bo musiała chodzić do szkoły.
Oboje więc udali się do kuchni. Chłopak założył niebieski fartuch w białe
grochy, który wisiał w kuchni. Gdy dziewczyna go zobaczyła wybuchła śmiechem.
Już dawno tak świetnie się nie bawiła.
W końcu
Caleb postanowił pójść do Mirandy. Mieszkała ona u swojego wujka, tak jak od
początku zamierzała. Jej pokój znajdował się po prawej stronie na początku
długiego korytarza. Zapukał lekko do jej drzwi.
- Proszę.
Otwarte – powiedziała Miranda wykrzykując z łazienki. - Zaraz przyjdę.
Chłopak
rozsiadł się na kanapie nie odpowiadając dziewczynie. Gdy Mir weszła do pokoju
w samym ręczniku i zauważyła Caleba od razu znieruchomiała. Cały dzień starała
się nie wychodzić z pokoju, żeby go nie spotkać. Nie myślała, że on sam do niej
przyjdzie.
- O co
chodzi ? – zapytała wycierając włosy drugim ręcznikiem.
- Chciałem
pogadać. O tym, co się wydarzyło.
- Tak wiem,
że to był dla ciebie błąd możemy mieć tą rozmowę za sobą. Jak będziesz
wychodził zamknij drzwi – powiedziała dziewczyna ponownie wchodząc do łazienki.
- Tyle, że
dla mnie to nie był błąd – odpowiedział.
W tym samym
momencie dziewczyna stanęła w progu łazienki i odwróciła się do chłopaka.
Podeszła o krok bliżej nie odzywając się. Czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Nie
chciała zepsuć tej chwili swoją nieudaną gadką.
- Nie wiem,
dlaczego, ale cały dzisiejszy dzień spędziłem na myśleniu o tym, co się
wydarzyło. Nie mogłem wyrzucić tego z pamięci. A skoro oboje utkwiliśmy tutaj, to
może warto byłoby spróbować – powiedział podchodząc do dziewczyny.
- A co z
Hanną ? – zapytała.
- Sama
wiesz, że nasz związek nie ma sensu. Nie mogę jej narażać, a tak w ogóle sama
zauważyłaś, że uważa mnie za wariata, który gada z duchami.
Po tych
słowach dziewczyna wiedziała już wszystko. Nie odpowiadała. Twarze dwójki były
coraz bliżej siebie. Oboje czuli swoje oddechy na twarzy. Mir serce waliło jak
szalone. Od zawsze czekała na ten moment. Marzyła o tym, aby trwał on jak
najdłużej. W końcu Caleb ujął w dłonie twarz dziewczyny i pocałował ją. Przez
tą chwilę oboje nie zwracali uwagi na nic innego, oprócz siebie.
Olivia
spotkała się z Remy, ponieważ chciała z nią pogadać na temat klątwy. Od kiedy
jej życie legło w gruzach to było jej jedynym zajęciem – rozwiązywanie zagadek
związanych z klątwą. Stwierdziła, że nie ma czasu na użalanie się nad sobą.
Musi się czymś zająć, żeby nie zwariować. Obie usiadły na kanapie. Na początku
towarzyszyła im cisza. Widać było, że Remy chce poruszyć ten drażniący temat
związany z Liv. Jednak nie wiedziała jak zacząć.
- Widziałaś ostatnio
tych wszystkich pierwotnych ? – zapytała Olivia, aby przyjaciółka zajęła swoją głowę
innymi myślami, niż jej problemy.
- Właśnie
nie widziałam – powiedziała. – Powiem szczerze, że nawet się nad tym nie
zastanawiałam. Jakoś ich obecność za wiele nie wnosiła w nasze życie. Wiedzieli
mniej niż my – dokończyła swoją wypowiedź.
- Nie ma ich
już od jakiś kilku dni. Myślę, że ich włosy, znowu zostały zamknięte w
słoikach. Pamiętaj, że nie zostały one posprzątane wtedy w kaplicy –
powiedziała.
- A może po
prostu zrobił to Collins. Pewnie miał cały zapas włosów zmarłych –
odpowiedziała Remy.
- Po co
miałby najpierw ich wypuszczać, żeby potem ich zamknąć z powrotem ?
- To jest
Collins. On zawsze coś ukrywa.
- Wydaje mi się,
że on chyba nie ma z tym nic wspólnego. Rozmawiałam też o tym z Mirandą. Ona
uważa tak samo jak ja. Myślę, że jest dobrą postacią.
Gdy Luke
wszedł do domu zauważył jego mamę siedzącą przy stole. Zamknął za sobą drzwi i
od razu udał się do kuchni. Usiadł na krześle obok niej.
- Słuchaj.
Przemyślałem wszystko i stwierdziłem, że zgadzam się – powiedział do matki
spoglądając na nią.
- Ale na co ?
– zapytała.
- No na twój
ślub – odpowiedział.
W tym
momencie jego matka spojrzała się na niego. Dopiero teraz zauważył, że jest ona
cała zapłakana. Jej oczy były spuchłe. Musiała już chwilę tak siedzieć.
- Co się
stało ? – zapytał chłopak obejmując mamę.
- Żadnego ślubu
nie będzie – odpowiedziała i wyszła z kuchni.
Kobieta
kierowała się w stronę swojej sypialni. Jednak syn podążał za nią. Musiał się
dowiedzieć co się stało. Dlaczego płakała ? I co ze ślubem ?
- Powiedz mi
o co chodzi – wykrzyczał, cały czas idąc za matką.
- Po prostu
mnie oszukał – powiedziała wchodząc do pokoju zatrzaskując za sobą drzwi.
Gdy chłopak
próbował je otworzyć. Okazało się, że zostały zamknięte na klucz. Postanowił
zostawić ją samą. Potrzebowała trochę swobody. Musiała trochę odpocząć i
wszystko sobie poukładać tak jak po śmierci ojca. Zastanawiał się tylko, co takiego wydarzyło
się pomiędzy nią, a Collinsem. Postanowił, że następnego dnia pójdzie do niego
i zobaczy, co ma do powiedzenia w tej sprawie. Nie chciał już dzisiaj urządzać
awantury, a dodatkowo nie mógł zostawić mamy samej w domu.
Pani Grunwald
siedziała u siebie w pokoju i czytała książkę. W pewnym momencie odłożyła ją i
podeszła do swojej Szady. Wysunęła jedną z szuflad. Znajdowało się w niej pięć
słoików. Z inicjałami. Wyciągnęła jeden z nich, z napisanym na wieczku M.C. Zaczęła
przeglądać kosmyk włosów znajdujący się w środku.
- Już mi nie
popsujecie planów – powiedziała do samej siebie odkładając słoik z powrotem na
miejsce.
- Może pani
na chwilę przyjść ? – zawołał Collins pukając do jej drzwi.
- Już idę –
odpowiedziała zamykając szufladę na klucz.
Włożyła go
pod poduszkę i wyszła z pomieszczenia.
_________________________________________________________________________
Cześć. Znowu jesteśmy dalej. Tym razem podoba mi się rozdział. Jest w nim trochę dynamiki. Mamy tutaj szpiega Liv, którą jeszcze bardziej uatrakcyjnię w następnym rozdziale, mamy zerwanie Collinsa z matką bliźniaków, podejrzaną Grunwald i oczywiście Mileba, który powstał dzięki ankiecie, którą przeprowadziłam. Większość z was była za tym związkiem, więc proszę bardzo. Co sądzicie o rozdziale ? Czego jeszcze oczekujecie ode mnie w przyszłych rozdziałach ? A tak w ogóle jak wam minęły święta ? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















